sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział 11 'Bileciki do kontroli!'

Zmiany w treści:
*Angie nie ma białaczki :)




Violetta 

Chodziliśmy od jednego sklepu do drugiego, robiąc wielkie zakupy- mój styl zmienił się całkowicie- z grzecznej Violetki w sukienkach i spódniczkach, stałam się ciętą i 'niebezpieczną' Lindy, która uwielbia rock. León się nie zmienił- no, kupił sobie skórzaną kurtkę, żeby nie wyczaili go od razu.
Po zakupach poszliśmy do łazienki damsko-męskiej i przed lustrem nakładałam make-up. Głównie to nakładałam puder, żeby chodź trochę zmienić karnację skóry.
-I jak?-spytałam, patrząc na Leóna na co on:
-Wyglądasz świetnie. Chodź, idziemy na dworzec, jest niedaleko.
-No dobra.
Wyszliśmy z galerii, a każde z nas miało wielką, płócienną torbę, w której było jedzenie.
___
-Gotowa na opuszczenie Buenos Aires?-spytał León, kiedy czekaliśmy na pociąg.
-Zaraz, to my cały czas byliśmy w...
-Taa...co nie zmienia faktu, że musimy wyjechać.
-Gdzie jedziemy?
-Kiedy już znikniemy Marcelowi z pola widzenia, ja udam się do Paryża, szukać mamy. A ty pewnie do domu...
-Cieszy mnie to, że masz konkretne plany-uśmiechnęłam się Spojrzał na mnie takim dziwnym wzrokiem. To nie był wzrok mówiący 'szkoda mi cię', ani 'jesteś na mojej łasce'- nie potrafiłam zinterpretować tego wzroku...
-Dlaczego się tak patrzysz?
-Chodź, za dziesięć minut odjeżdża nasz pociąg-powiedział wstając i ignorując moje pytanie. Wziął torbę z żarciem i pomknął, nawet nie patrząc czy za nim idę...O co mu chodzi...? 
-Czekaj na mnie...!-zawołałam i chwyciłam za torbę. Ruszyłam za nim, przeciskając się przez tłum ludzi. Nigdzie go nie było, jak to możliwe. A może Marcelo (albo któryś z jego kolegów), go już dorwał?! Nie jestem nigdzie bezpieczna, a dopóki on jest ze mną to też nie jest...- w głębi serca o tym wiedziałam. To ja jestem problemem, a León miłym chłopakiem, którym chce go rozwiązać.
-Le...-chciałam go zawołać, ale tak tylko zwrócę na siebie uwagę, a nie mogę się wychylać... Biegłam przed siebie rozglądając się na wszystkie strony. Powoli robiło się jasno- właśnie, wspomniałam że wszystko działo się w nocy? Cud, że Chole wtedy nie spała i że galeria jest otwarta 24h na dobę... No, jednak nie wszystko jest dobrze, ponieważ w Buenos Aires tłumy na dworcach są zawsze...
Już prawie płakałam- gdzie on poszedł?! A może to wszystko jednak prawda....może León wcale nie chciał mi pomóc, tylko to było zaplanowane? Na to wygląda...
Postanowiłam iść na peron z którego pociąg odjeżdżał za kilka minut, a jego nadal nigdzie nie było. Dupek!
Łzy leciały mi po policzkach- to nie może być prawda! Jedna część mnie mówiła 'León taki nie jest...' na co druga 'Co ty do cholery o nim wiesz?!!'
Nagle na kogoś wpadłam.
-Gdzie tak pędzisz, pociąg spóźni się półtorej godziny!!-usłyszałam przyjazny, dobrze znany mi głos.
-I co z tego?!- wrzasnęłam. Naturalnie, przede mną stał León. Zamachnęłam się i uderzyłam go w głowę torbą.
-O co chodzi?-spytał, masując czoło.
-Dlaczego zostawiłeś mnie na środku dworca?!
-A dlaczego ty...?-zaczął, ale coś nie mógł skończyć
-No słucham, co zrobiłam źle?!
-N-nie będę ci tego teraz tłumaczył-powiedział i złapał mnie za rękę-Chodźmy już i się nie zgub więcej..!
-Łatwo ci mówić westchnęłam.
Poszliśmy na peron i czekaliśmy na ten głupi pociąg. Miłą niespodzianką było to, że spóźnił się tylko pół godziny, a nie to półtorej.
Usiedliśmy w wolnym przedziale. Wpatrywałam się w okno, słowem się do niego nie odzywając. On, jednak za wszelką cenę próbował zmusić mnie do rozmowy, słowami 'Chcesz coś zjeść?', 'Jesteś głodna?' 'Nie to nie, ale mogłabyś chociażby na to odpowiedzieć', 'A może opowiedz mi coś o swoi  bracie?' , 'Tak w ogóle, to czemu się nie odzywasz?'
-Nie wytrzymasz bez gadania?!-wybuchnęłam w końcu. Denerwował mnie...
___
Zasnęłam o 4.30 i obudziłam się o 11.00- jechaliśmy przez jakieś pustkowia. Poszłam do łazienki, umyłam z trudem zęby i opukałam twarz. A potem kolejna warstwa pudru.
Kiedy wróciłam, León siedział rozłożony pod kocem- rzeczywiście, nie było zbyt ciepło. Na zewnątrz padało...
-Bileciki do kontroli-usłyszeliśmy głos konduktora. León poderwał się i powiedział zaspany:
-Tak, tak...już daję.
Pogrzebał w kieszeni i podał mu bilety.
-Czy wy sobie żarty robicie?!- powiedział oburzony konduktor. Spojrzał na Leóna, który zbladł. O co chodziło?
-Te bilety nie są na ten pociąg...!
-Niemożliwe!- zawołał León. Podniósł się i podszedł do mężczyzny. Po jego minie było widać, że pomyłka leżała po naszej stronie.
-Wzywam policję!
-Tylko nie policja!-zawołaliśmy na raz z Leónem. Konduktor jeszcze chwile się na nas gapił po czym orzekł:
-W takim razie...
___
Po dziesięciu minutach staliśmy w deszczu na środku gołego pola i patrzyliśmy na odjeżdżający pociąg.
-I co narobiłeś?!-wrzasnęłam, na co on:
-To nie moja wina, to ta baba w kasie dała mi złe bilety!
-Yh, już nie ważne... to nie zmieni faktu, że stoimy w deszczu po,środku pustkowia i nie mamy pojęcia kompletnie gdzie jesteśmy!!!
-Przestań!!-wrzasnął chwytając mną za ramiona-Proszę, przestań....Wiem, stało się! Nic na to nie poradzę, nie musisz...jeszcze mi dokładać.
Twarz wykrzywiła mi się pod wpływem napływających łez.
-Ja tylko boję się że mnie zostawisz...-jęknęłam, na co on zmartwiony:
-No co ty, Viola! Nigdy cię nie zostawię! Nawet tak nie mów....- po tych słowach wpadłam mu w ramiona. Czułam jak przyciska swoje usta do czubka mojej głowy.
-Kocham cię- szepnął. Poczułam jak tysiąc motyli lata na wszystkie strony w moim brzuchu.
 Spojrzałam mu w oczy, a nasze twarze przybliżyły się do siebie. Po sekundzie poczułam jak moje wargi idealnie dopasowują się do jego ciepłych ust. Pod spuszczonymi powiekami nadal kumulowały mi się łzy. Nie wiedziałam jakie- smutku, strachu czy radości. To  nie ważne...ważne że tam były. Tak jak my- nie ważne gdzie jesteśmy-ważne że jesteśmy razem...
-Ej, ale wy wiecie, że pada,nie?-usłyszeliśmy śmiejący się głos. Spojrzeliśmy w bok- w delikatnie otwartym (nie bardzo wiem, jak mam nazwać delikatnie rozwarte, ciężkie wagoniane* wrota), blaszanym wagonie z meblami , siedział chłopak w wytartej bluzie i podartych dżinsach. Potargane, kręcące się włosy opadały mu na czoło.
-Macie transport, gołąbki?-spytał ponownie na co ja:
-A wyglądamy jakbyśmy go mieli?
-Jeśli macie iść na piechotę do najbliższej wsi, to radzę wsiadać tutaj póki stoimy...
-A gdzie jedziecie?
-Do Rio de Janeiro..
Popatrzyliśmy po sobie z Leónem.
-Nie mam nic przeciwko...
-Ja też nie...
Chłopak pomógł nam się zapakować. Ledwo zdążyliśmy wsiąść, pociąg już ruszył.
-Poza tym....jestem Diego-powiedział chłopak- No to opowiedzcie mi waszą historię...
Opowiedzieliśmy mu wszystko- o porwaniu, o ucieczce, o biletach... Wydawał się być rozbawiony tym ostatnim.



5 komentarzy:

  1. Ahahah :D To z biletami najlepsze XD Żegnaj pociągu; 3 Aaaaa!O.M.G!!!(pierwszy raz cieszyłam się tak jak miały być wakacje;]) Wyznał jej miłoooość <3 (mój chłopak to ostatni raz powiedział mi Kocham Cię rok temu,parchata świnia: D) Dobra Pa,bo muszą mi coś zbadać... Ja się łatwo nie dam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Internet w szpitalu? W moim mieście nie ma takich bajerów ;c

      Usuń
  2. Wyłączysz weryfikację obrazkowa ?Bo źle się komentuje c;

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Jutroo ;)
      Lucy Missing
      Jestem u Spens i piszę z jej konta ;p

      Usuń

Autorka bloga ma szczera nadzieję, iż post ci się podobał.
Zostaw komentarz :)